Wybierz region

Wybierz miasto

    Wielkie szczęścia i dramaty górników

    Autor: Aldona Minorczyk-Cichy, Jacek Bombor

    2006-03-03, Aktualizacja: 2006-03-03 13:39 źródło: Dziennik Zachodni

    W tym tygodniu radość po ocaleniu górnika kopalni "Halemba" została zmieszana z tragiczną śmiercią w kopalni "Siltech". Dawno los nie zetknął tak podobnych akcji, z tak różnym finałem.

    W tym tygodniu radość po ocaleniu górnika kopalni "Halemba" została zmieszana z tragiczną śmiercią w kopalni "Siltech". Dawno los nie zetknął tak podobnych akcji, z tak różnym finałem.



    Do Zbigniewa Nowaka, górnika z kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej, pomoc dotarła w poniedziałek tuż przed godziną 7. Kilka chwil później jego rodzina oszalała ze szczęścia.

    Niestety, tyle szczęścia co on nie miał Robert Wszołek z kopalni "Siltech" w Zabrzu...

    Nadzieja umiera ostatnia

    Ratownicy dotarli do Roberta Wszołka po trwającej dobę akcji, w nocy z poniedziałku na wtorek. Nie miał szans na przeżycie. Do wypadku doszło w niedzielę późnym wieczorem 380 metrów pod ziemią. Skały zgniotły tam obudowę chodnika na długości dziewięciu metrów, niemal całkowicie zasypując tę część wyrobiska.

    Zbigniew Nowak został uratowany po 111 godzinach akcji.

    - To świadczy o tym, że nigdy nie należy tracić nadziei, choć nawet ratownicy często mają chwile zwątpienia. Akcja trwa nieprzerwanie do czasu odnalezienia wszystkich, a przypadek "Halemby" pokazuje, że warto - mówi Zygmunt Goldstein, doradca prezesa w Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu. - Choć trzeba przyznać, że to prawdziwa rzadkość. Bo najczęściej po tylu dniach wydobywamy ciała nieżywych kolegów.

    Nie pierwszy raz...

    Ostatni podobny przypadek miał miejsce w październiku 1999 roku w kopalni "Kazimierz-Juliusz" w Sosnowcu. Na dole zawalił się strop. Górnik przodowy i kombajnista zostali zasypani, trzech innych członków brygady chwilę przed zdarzeniem poszło po potrzebne elementy obudowy. I to, jak się później okazało, uratowało im życie.

    - O ile sobie dobrze przypominam, na początku czwartego dnia akcji górnicy zostali uratowani - mówi Zygmunt Goldstein.

    Ratownicy przy pomocy specjalnej rury przesłali zasypanym kartkę z pytaniami. W ten sposób dowiedzieli się, że nic im nie jest. Podali im jedzenie i picie. Pracownicy mieli szczęście, bo znajdowali się w pobliżu kombajnu.

    Leżał siedem dni

    Goldstein przypomina też pamiętną akcję w kopalni "Nowy Wirek" w Rudzie Śląskiej", gdzie we wrześniu 1995 roku w wyniku tąpnięcia zasypanych zostało ośmiu górników. Po blisko pięciu dobach ratownicy dotarli do zasypanych górników. Czterech przeżyło tę tragedię.

    Do tej pory jednak najbardziej znana akcja cudownego ocalenia górnika miała miejsce w 1971 roku. W zabrzańskiej kopalni "Rokitnica" zginęło wówczas 10 górników. Jeden z nich, Alojzy Piontek, przeżył pod ziemią siedem dni bez jedzenia i picia. Ssał krew ze zranionych dziąseł, z kasku pił własny mocz. Na dole, w ciemnościach, całkowicie stracił rachubę czasu, ale wierzył w ocalenie. Po uwolnieniu myślał, że spędził na dole tylko dwa dni. Alojzy Piontek zmarł w październiku ubiegłego roku, miesiąc przed swoimi 71. urodzinami.

    Żywioł często zaskakuje

    O zagrożeniach w kopalniach wie wszystko prof. Paweł Krzysztolik, konsultant naukowy Głównego Instytutu Górnictwa, wieloletni dyrektor kopani doświadczalnej "Barbara".

    - To zawsze będzie niebezpieczny zawód. Choć wydajemy coraz więcej pieniędzy na bezpieczeństwo, wprowadzane są coraz nowocześniejsze urządzenia badające pokłady, nasycenie metanu, pewnych rzeczy nie da się po prostu przewidzieć. Zawsze trzeba pamiętać, że to nieobliczalny żywioł, kopalnie drążą coraz głębiej, a im głębiej, tym niebezpieczniej - wyjaśnia prof. Krzysztolik.







    Nowak - chłop na schwał!

    Kiedy rozeszły się złe wieści o tąpnięciach na "Halembie" i zasypanych, strach zapanował w niejednym domu. W tej dzielnicy prawie w każdej rodzinie są górnicy.



    Przez cały czas trwania akcji ratowniczej w kościele pw. św. Mikołaja wierni modlili się za Zbyszka Nowaka i łączyli w cierpieniu z jego najbliższymi. Teraz panuje tam wielka radość. Tych, którzy w poniedziałek rano nie oglądali telewizji i nie słuchali radia, o znalezieniu metaniarza całego i zdrowego informował listonosz. Oprócz przesyłek tego dnia roznosił naprawdę wspaniałe wiadomości.

    Wymodlone ocalenie

    - Najpierw modliliśmy się za znalezienie Zbyszka, a po jego cudownym znalezieniu - za zdrowie. Mam dwóch synów, ale żadnemu nie pozwoliłam pójść na kopalnię. To niebezpieczna praca. Nowak od niedawna tu mieszka, ale wszyscy znają jego i jego rodzinę. To porządni ludzie. Wszyscy go szanują. Żal mi ich było strasznie. Wymodliliśmy ocalenie Zbyszka. To wielka radość dla całej dzielnicy - mówi Pelagia Leszek.

    Ryszard Orszulik mieszka na ul. Strażackiej, dwa domy od Nowaków. Sam przez wiele lat pracował na "Halembie" jako elektryk.

    - Wszyscy martwiliśmy się o Zbyszka. Nie chodziłem do Nowaków. W takiej sytuacji trzeba zachować się dyskretnie i z wyczuciem, nie chciałem rozdrapywać ran. Szczerze mówiąc sam zwątpiłem w uratowanie chłopaka. Inni też myśleli, że już po nim. A to takie młode małżeństwo i dziecko malutkie. Kiedy usłyszeliśmy, że jednak żyje, poczuliśmy wielką ulgę. Miał szczęście. Nieprawdopodobne szczęście! - opowiada.

    Sam też miał w życiu wiele szczęścia. Na kopalni pracował aż do emerytury. Ominęły go wypadki, ale był świadkiem wielu tragedii.

    Wróci na kopalnię

    Jolanta Gans śledziła w telewizji akcję ratunkową. Ale nie miała świadomości, że zasypanym górnikiem jest jej sąsiad.

    - Myślałam o tym nieszczęśniku, współczułam rodzinie, ale do głowy by mi nie przyszło, że to ktoś z Borowej Wsi i to mieszkający kilka domów dalej - mówi pani Jolanta. Dowiedziała się od listonosza, bo w poniedziałek oprócz listów, roznosił na ul. Strażackiej dobre wiadomości. - Pan Zbyszek to niezwykle grzeczny i uprzejmy człowiek. Zawsze się kłania. Jego żonę też często widuję, jak z córeczką spaceruje po ulicy. Muszę jej pogratulować. To wielkie szczęście, że odzyskała męża - dodaje pani Jolanta.

    Damian Franke mieszka ciut za Borową Wsią. Na spokojną ulicę Strażacką, gdzie są tylko jednorodzinne domki, przychodzi codziennie na spacer z psem Szantą. Przez lata pracował na kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej. Teraz jest na emeryturze, ale utrzymuje kontakty z kolegami.

    - Znajomy był we wtorek u Zbyszka w szpitalu. Opowiadał, że jest w świetnej kondycji i dopisuje mu humor. Jest zły, że nie chcą go wypuścić do domu. Zamierza wrócić do pracy na kopalnię. Ta tragedia nie zniechęciła go do zjazdów na dół. Jest taki radosny, że lekarz musiał mu przysłać psychologa, żeby go trochę wyhamować. Ale, czy Zbyszek da radę pracować na dole, to tak naprawdę okaże się przy pierwszym zjeździe. Nie wiadomo, czy gdy znajdzie się pod ziemią, nie odezwą się w nim strachy i zahamowania - relacjonuje Franke. Dodaje, że sam, jako pracownik dozoru nieraz otarł się o śmierć. Prowadził też zastępy ratowników na miejsce zawałów. Na informacje o wstrząsach i zasypanych górnikach reaguje bardzo emocjonalnie. - Nie ma nic gorszego, niż widok karawanu na kopalni. Najtwardszemu chłopu łza się w oku kręci.

    Na "Halembie" są dumni z Nowaka. Mówią, że to "prawdziwy górnik", "nie dał się, nie zwątpił", "twardy chłop" i "przetrzymał wszystko", że "to drugi Piontek". Koledzy nie mogą się doczekać jego powrotu, chętnie Zbyszkowi postawią piwo. I to nie jedno.

    Takie wielkie szczęście

    Nowakowie mieszkają w parterowym białym domku. Wraz z nimi babcia pani Marleny - Stefania Monkol, urocza starsza pani o przepięknych niebieskich oczach. Jak tylko wspomina straszne chwile oczekiwania na informacje z kopalni - lecą jej łzy. Nie może ich powstrzymać.

    - Jak rano w poniedziałek zadzwonili i powiedzieli, że wnuczek żyje, nie mogliśmy uwierzyć. Malusia Laurunia zaczęła radośnie krzyczeć: Tato żyje! Żyje! Wróci! To takie szczęście. Takie wielkie szczęście. Ile myśmy tu przeżyli. Jakie myśli nam do głowy przychodziły - wspomina pani Stefania.

    To właśnie 5-letnia Laura, kiedy wszystkich nachodziły wątpliwości, kiedy tracili nadzieję, krzyczała: - Przestańcie tak mówić! Tato wróci! Tato żyje!

    Nawet na chwilę nie uwierzyła, że jej ukochany tatuś nie pójdzie już z nią na spacer. I miała rację. Modliła się razem z mamą. Obie zawierzyły swojego ukochanego mężczyznę św. Barbarze. Tej, przed którą Zbyszek, jego ojciec i dziadek klękali zawsze przed zjazdem pod ziemią i którą błagali o szczęśliwy powrót. Górnicza patronka wysłuchała modlitw. Nie zawiodła. Oddała Zbyszka. Bo on na to zasłużył, bo miał dla kogo żyć. Bo jej zawierzył.


    Cześć, bąble!

    - Laurunia była naszą podporą. Ta malutka córeczka. To ona dawała mi siłę. Odpędzała wszystkie złe myśli. A wiedziała, że tato jest przysypany wielkimi głazami. Oglądała telewizję, wiedziała, że mówią o tacie - opowiada Marlena Nowak.

    Całe dni spędza w szpitalu przy łóżku Zbyszka. Kiedy pierwszy raz go zobaczyła, wykrzyczał radośnie na widok jej i Lauruni: - Cześć, bąble!

    Marlena nie może doczekać się jego powrotu do domu. - To był cud. Kiedy w słuchawce telefonu usłyszałam "Zbyszek żyje", oszalałam ze szczęścia. Na przemian śmiałam się i płakałam. Nie pamiętam, co było dalej. Tylko radość. Nieprawdopodobna radość. Wiemy, że Bóg nam pomógł i święta Barbara.

    Podobnie zareagował Hans Nowak, ojciec Zbyszka. Kiedy o 5.30 zadzwonili z kopalni i powiedzieli, że syn żyje, odebrało mu głos. - To było tak, jakby Zbyszek narodził się na nowo. Ostatni raz tak płakałem, kiedy przyszedł na świat.

    Pani Marlena jest wdzięczna wszystkim, którzy walczyli o jej Zbyszka: - Z całego serca chcę podziękować wszystkim ratownikom, którzy narażali własne życie, żeby uratować męża i przewodniczącemu "Solidarności" na "Halembie", który razem ze mną i ojcem cały czas czuwał.

    Kiedy ratownicy dotarli do Nowaka, poprosił ich o wodę i jabłko. Zaraz potem zażądał latarki i pytał, czy to jeszcze czwartek. Nie chciał przegapić urodzin żony. Wiedział, że musi jej złożyć życzenia.

    Pod ziemią, gdzie spędził 111 godzin, zupełnie stracił poczucie czasu. Wydawało mu się, że minęła zaledwie doba. Tymczasem w małej niszy, przysypany głazami, spędził prawie pięć dni! Mimo osłabienia i odwodnienia, sam przeczołgał się ponad 200-metrowym tunelem.

    Puśćcie mnie do domu

    12 marca Zbyszek skończy 31 lat. Chciałby świętować urodziny już w domu z najbliższymi. Czy tak się stanie? Wszystko w rękach lekarzy. No i Zbyszka. A on zadziwił wszystkich.

    Maksymilian Klank, prezes Kompanii Węglowej, odwiedził go w szpitalu jeszcze w poniedziałek, kilka godzin po wyjeździe z dołu. - Na przykładzie Nowaka trzeba będzie wprowadzić korekty do podręczników medycyny. Tyle przeżył, a jest w pełni witalny. To twardy mężczyzna, prawdziwy górnik.

    Na pożegnanie Nowak wykrzyczał do prezesa Klanka: - "Halemba" pójdzie dobrze!

    No bo i jak ma być źle, gdy w kopalni pracują tacy jak pan Zbyszek? Ślązacy z krwi i kości, którzy nie boją się harówki i szanują tradycję.

    Kiedy Nowak pod ziemią czekał na ratunek, nie tracił nadziei. Wiedział, że po niego przyjdą. Takie są górnicze zasady. Akcja ratunkowa nie kończy się, zanim nie znajdzie się ostatniego zasypanego. Zbyszek o tym wiedział. I nie pomylił się. Jego koledzy przez pięć dni przekopywali się przez miał i bryły skalne. Robili to ręcznie. Za względu na zagrożenie wybuchu metanu nie mogli użyć maszyn. Przerzucili rękoma góry węgla.

    Jak tylko Nowak wyjdzie ze szpitala zaniesie kwiaty swojej patronce - świętej Barbarze. Jego żona i córka już to zrobiły. Chodziły do górniczej patronki każdego dnia. Naprawdę mają jej za co dziękować.







    Ratownicy z "Halemby" czekają na Nowaka i piwo, które im obiecał





    Mają zdarte po łokcie ręce, posiniaczone plecy i kolana. Ale to nic, liczy się satysfakcja, a tej im nie brakuje. Janusz Jarząbek, Krzysztof Nowak, Adam Pypłacz, Roman Kazik i Andrzej Głodek - ratownicy z kopalni Halemba - dotarli do zasypanego kolegi i wyciągnęli go spod zwałów węgla i skał. Kiedy usłyszeli jego głos, w ciągu godziny gołymi rękami przekopali ostatnie 11 metrów, które dzieliło ich od Zbyszka Nowaka.

    Sami nie wiedzą, jak tego dokonali: - Pałeru żeśmy dostali. Powiedzieliśmy sobie, że bez niego na wierzch nie wyjedziemy. Oj, wisi nam Nowak duże piwo!

    Kryzys po trzech dniach

    Kilofy, łopaty i ręce - tylko to mieli do dyspozycji ratownicy, którzy przez 111 godzin próbowali dotrzeć do zasypanego kolegi. Nowoczesny sprzęt nie mógł być użyty, bo na poziomie 1030 metrów panowało zagrożenie wybuchu metanu. Mogła go spowodować nawet mała iskierka. Na czworakach, na leżąco, przedzierali się przez skały, pył i zwały żelastwa. Byli tam ratownicy z kilku śląskich kopalń.

    W trzecim dniu akcji zaczęli tracić nadzieję. Byli przekonani, że idą po ciało. Odrzucali tę myśl, ale warunki były koszmarnie trudne. Jest jednak zasada, że nie przerywa się akcji, aż do wydobycia ostatniego zasypanego. Wiedzieli o tym oni i wiedział Nowak. Tylko dlatego nie tracił wiary. Miał świadomość, że gdzieś tam jego koledzy jak krety drążą węgiel i skały, i że go nie zostawią.

    - Kiedy w nocy z soboty na niedzielę około 4.30 dotarł do nas głos Zbyszka, nie mogliśmy uwierzyć. To było zaskoczenie. Natychmiast zarządziliśmy ciszę. Wtedy wszyscy go usłyszeli. Wołał, że chce pić: - Powiedzcie żonie, żeby mi przygotowała dwa jabłka i zelter (wodę mineralną). Jak na złość nikt nie miał jabłka. Wszystkich przepytaliśmy. A tak mu na tym zależało - opowiadają ratownicy.

    11 metrów

    W momencie nawiązania kontaktu od Nowaka dzieliło ich 11 metrów. Pokonali tę odległość w godzinę z kawałkiem. To było nieprawdopodobne. Choć byli koszmarnie zmęczeni dostali potężnego kopa. Już nie wyciągali urobku poza tunel. Na leżąco rękami wydzierali węgiel i skały. Wrzucali to pod siebie i parli do przodu. Nie musieli, ich zmiana już się skończyła. Mogli się wycofać. Na ich miejsce wszedłby inny zastęp. Ale uparli się, że bez Zbyszka nie wyjadą. Żadna siła nie była w stanie ich zatrzymać. Pierwszy dotarł do zasypanego Adam Pypłacz.

    - Podczołgał się w moim kierunku. Zszokował mnie tym. Podał mi rękę na przywitanie i zażądał lampy. Wcześniej na rurce przez szczelinę podałem mu wodę. Zapytałem, czy da radę pójść do mnie. Szyny przeszkadzały, musieliśmy się pod nimi przekopać, na wycinanie nie było czasu. Dopytywał, jaki jest dzień tygodnia. Okłamałem go, że czwartek. Bałem się, że jak usłyszy, ile naprawdę tam siedział, to dostanie szoku. Ucieszył się i rozpłakał jak dziecko - relacjonuje Pypłacz.

    Plecy żona masuje

    Nowak powiedział do Adama: - Okąpię się, piwo wypiję i lecę do domu. Marlena ma urodziny. Muszę jej życzenia złożyć.

    Nie chciał wejść na nosze. Najpierw czołgając się, a potem 200 metrów na czworakach wyszedł z zawaliska o własnych siłach. Dopiero tam lekarz zmusił go, żeby położył się na nosze.

    - Wszyscy mamy zdarte łokcie. Plecy też wstyd pokazać. Ale moja mnie smaruje. Przyjemne to jest. Ech, nawet jak przestanie boleć, to jej nie powiem. Niech masuje - żartuje Andrzej Głodek.

    Cała piątka czeka, aż Nowaka wypuszczą ze szpitala: - Jak go uwolniliśmy, to powiedział, że postawi nam piwo. Wódki nie chcemy, ale browar obowiązkowy. Taka tradycja. Dopilnujemy, żeby dotrzymał słowa. Oj, szykuje się impreza - cieszy się Janusz Jarząbek.

    Na piwie byli zresztą zaraz po wyjeździe na górę. Najpierw jednak zadzwonili do swoich żon. Umierały ze strachu w domach. Wiedziały, jakie warunki są na dole i jakie niebezpieczeństwo grozi ich mężom. Cieszyły się, że to ich chłopy uratowały Nowaka. Mówiły, że to cud, nie dowierzały informacjom przekazywanym przez telewizję. Nabrały pewności dopiero, jak usłyszały to od mężów.

    To cud Nowaka

    - Eee, jakie tam uratowaliśmy? Żadni z nas bohaterowie. My tylko postawiliśmy kropkę nad "i". To Zbyszek dokonał cudu. Tyle dni wytrzymał. Tylko o co mu z tym jabłkiem chodziło? - zastanawiają się.

    My już wiemy. Zasypany czekając na pomoc śnił. Wydawało mu się, że jest lato, że leży w sadzie pod jabłonią. I chociaż jabłek nie znosi, strasznie mu się ich zachciało. A tu jak na złość. Żaden z ratowników przy sobie jabłka nie miał. No i masz ci los...






    Zofia Białecka straciła nadzieję, gdy do drzwi zapukali koledzy jej męża z kopalni "Chwałowice". To oni powiedzieli jej, że zginął w wypadku





    To było dokładnie 3 lipca 1996 roku. - Pamiętam ten dzień, jakby to było dziś. Marian poszedł do pracy na popołudnie. A o 17.00 ktoś zapukał do drzwi. Koledzy z kopalni. Po ich twarzach poznałam, że jest bardzo źle - przypomina pani Zofia. - Co ja sama zrobię z szóstką dzieci? - pomyślała.

    Informacja

    Dzieciaki pytały, ona milczała.

    - Ma złamany obojczyk - skłamali koledzy i poprowadzili ją do samochodu, podstawionego przez kopalnię.

    - Najpierw trafił do szpitala w Rybniku. Był już po operacji. Mąż pracował w kopalnianej straży, mieli poślizg i wpadli w przepaść. Miał bardzo poważne obrażenia wewnętrzne - opowiada pani Zofia.

    W rybnickim szpitalu spędziła kilka godzin. Poważnie ranny mąż był już po operacji, ale nie odzyskiwał przytomności. Lekarze tylko kiwali z rezygnacją głowami...

    Na kolejne zabiegi wysłano go do szpitala w Jastrzębiu Zdroju, gdzie znów kolejni specjaliści robili co mogli. - Jak przeżyje noc, będzie dobrze - stwierdził jedynie ordynator.

    Marian już się jednak nie obudził.

    - Pamiętam lekarkę, która bardzo surowo mnie potraktowała. Pytała, gdzie byłam, gdy mąż umiera. A przecież załatwienie opieki dla szóstki dzieci to nie takie proste...

    Dzieci

    W chwili śmierci męża nagle wszystko do niej dotarło. To przecież on od lat utrzymywał rodzinę. Zastanawiała się, jak teraz będzie wyglądało ich życie... I nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

    - To było jak grom z jasnego nieba. Przecież najmłodsze dziecko miało trzy, najstarsze 18 lat - mówi kobieta.

    38-letni Marian Białecki pracował w kopalni od siedmiu lat. Miał mnóstwo planów. Próbował otworzyć firmę transportową, kupił samochody, ale ciągle się psuły...

    Gdy wracała ze szpitala, górnicy pytali, gdzie ją zawieźć. - Wszędzie, tylko nie do domu - płakała.

    - Jak ja dzieciom powiem, że nie mają ojca? Jak wytłumaczyć, że tatuś nie wróci takiej gromadce, która poza tatą świata nie widziała?

    Musiała się z tym zmierzyć. Najstarsza córka spojrzała matce w oczy i zapłakała. - Przeczuwała to. Od razu poznała - mówi Białecka.

    Pogrzeb

    Potem koszmar pogrzebu. W ostatnią drogę Mariana nie wzięła 3-letniej Madzi. Córeczka była oczkiem w głowie taty, zawsze razem wariowali. Bała się, że to będzie dla dziecka zbyt duża trauma.

    Magda, dziś 13-latka, pamięta tatę jak przez mgłę. Bardziej z opowieści mamy, bo rozmawiają o nim dużo. Do dzisiaj często przegląda jego zdjęcia w albumach. Nosi jego fotografię w swojej dziewczęcej, różowej portmonetce.

    Zostało im mieszkanie na osiedlu przy ul. Orzepowickiej.

    - Zostały dzieci, trzeba było żyć! Do szkoły wyprawiać. Powolutku układałam nasz świat - przypomina sobie pani Zofia.

    Pomogła mama, rodzina. Wszyscy dodawali otuchy. - Nie było łatwo. Małżeństwem byliśmy od 18 lat. On starał się jak mógł. Pracował dorywczo, bo jednak utrzymanie wielodzietnej rodziny to nie takie proste - mówi.

    Kto pomógł najbardziej? To nie był przecież zbiorowy wypadek na dole. Nie przyjechał premier, ręki nie podał. Nie obiecał renty socjalnej...

    Pomoc

    Świat pani Zofii nie zawalił się, bo w porę znaleźli się ludzie, którzy postanowili wesprzeć rodzinę. - Kopalnia stanęła na wysokości zadania. Nawet jak dzisiaj zwrócę się o pomoc, to nie odmówią. Dadzą zapomogę na zakup książek dla dzieci - mówi wdowa.

    Najbardziej wdzięczna jest Fundacji Rodzin Górniczych z Katowic, która pomaga rodzinie już od 10 lat.

    - Dwójce dzieci do dziś przyznają stypendium. Mam rentę rodzinną i jakoś wiążemy koniec z końcem - dodaje.

    Fundacja dała dzieciom trochę radości. Zakosztowały świata i wczasów rodzinnych. - Pomogli nawet pracę znaleźć synowi w elektrociepłowni. Sama nigdy bym im tego nie mogła dać. To taka rekompensata za utratę ojca - mówi matka.

    Pamięć o Marianie wciąż jest żywa. Na jego grób całą rodziną jeżdżą co święta i rozmawiają o nim w Dzień Ojca.

    Los

    Świat idzie do przodu, dwie córki pani Beaty wyszły już za mąż. Ma troje wnucząt, więc jest dla kogo żyć, choć w zeszłym roku spotkała ją kolejna tragedia - musiała pochować swojego 22-letniego syna. Spoczął na tym samym cmentarzu co ojciec w rybnickiej dzielnicy Chwałowice.

    - Miał krwotoki z nosa i bolały go plecy. Śmiertelna choroba szpiku kostnego. Przeszczepu nie doczekał. Zachorował w kwietniu, zmarł w grudniu. Los mnie nie oszczędza, to mnie dobija - pani Beata ociera łzy.

    Teraz mieszka sama z dziećmi. Postanowiła, że sama je wychowa, że z nikim się nie zwiąże.

    - Uznałam, że jeśli małżeństwo, to tylko raz. A skoro los zabrał mi męża, to muszę sobie radzić sama. Uważam, że tak jest najlepiej. Tak trzeba - mówi.






    Pomagają rodzinom

    Fundację Rodzin Górniczych w Katowicach powołano w 1997 roku. Jej głównym celem jest materialne wspieranie rodzin pozostałych po górnikach. – Grono naszych podopiecznych liczy obecnie około 5000 osób, z czego większość to członkowie rodzin górników, którzy zginęli w wyniku wypadków przy pracy w ciągu ostatnich 20 lat oraz inwalidzi górniczy po wypadkach trwale niezdolni do pracy – wyjaśnia Kazimierz Służewski, prezes fundacji.

    Likwiduje się kopalnie, ale sieroty i wdowy po górnikach pozostają, a w wyniku nowych wypadków stale ich przybywa.
    Dotychczas Fundacja Rodzin Górniczych udzieliła pomocy ponad 4000 osób – wydając na ten cel kwotę ponad 4,3 mln złotych. Obok indywidualnych zapomóg finansowych, najważniejszą pozycję w wydatkach stanowią stypendia dla uczących się sierot po górnikach (w 2005 roku było 1200 stypendystów).
    – Zawsze najbardziej poszkodowane są dzieci. Należy więc zrobić wszystko, by nie pogarszały się ich warunki życia i edukacji, bo to przecież decyduje o ich przyszłości – mówią w fundacji.

    Fundacja Rodzin Górniczych
    ul. Powstańców 30
    40-039 Katowice
    (0-32) 757–26–08

    Sonda

    Jak sądzisz, ile powinien zarabiać prezydent miasta?

    • 3- 5 tysięcy złotych (32%)
    • 2- 3 tysięcy złotych (31%)
    • 5- 10 tysięcy złotych (26%)
    • powyżej 10 tysięcy złotych (10%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.