Wybierz region

Wybierz miasto

    Rozmowa z wokalistą Krzysztofem Kiljańskim

    Autor: Adrian Karpeta

    2006-03-31, Aktualizacja: 2006-03-30 18:07 źródło: Dziennik Zachodni

    DZIENNIK ZACHODNI: Pańska płyta "In the room" należy do najlepiej sprzedających się w kraju, bilety na koncerty są wyprzedawane do ostatniego miejsca. Czy to oznacza, że muzyczny gust naszej publiczności zmienia ...

    DZIENNIK ZACHODNI: Pańska płyta "In the room" należy do najlepiej sprzedających się w kraju, bilety na koncerty są wyprzedawane do ostatniego miejsca. Czy to oznacza, że muzyczny gust naszej publiczności zmienia się?

    KRZYSZTOF KILJAŃSKI: Mam taką nadzieję. Bardzo bym chciał, żeby ludzie byli bardziej tolerancyjni dla muzyki innej od tej, jaką zazwyczaj słyszymy w radio. Mniej komercyjnej, bardziej wyciszonej. Jeśli chodzi o mnie, wydaje mi się, że mam dużo szczęścia do ludzi, do publiczności.

    DZ: Swojego czasu okrzyknięto pana polskim Sinatrą.

    KK: To było w 2001 roku podczas Festiwalu Jazzu Tradycyjnego Złota Tarka w Iławie. Występowałem wtedy z big-bandem uniwersyteckim z Zielonej Góry. Śpiewałem akurat repertuar Franka Sinatry. Takie określenie to dla mnie wielka nobilitacja. Sinatra jest do dziś uważany na całym świecie za największego z wokalistów. Bardzo chciałbym mieć wehikuł czasu, który pozwoliłby mi się przenieść do epoki lat 50. Myślę, że były to magiczne lata, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę. To złota era muzyki swingowej, zupełnie inna estetyka brzmienia. Gdzieś wewnętrznie tęsknię za latami 50.

    DZ: Podobno pierwszym marzeniem Krzysia Kiljańskiego było latanie i zawód lotnika.

    KK: Miałem marzenia, jak większość małych chłopców. Inni moi koledzy marzyli o tym, by zostać strażakiem, żołnierzem, policjantem - a mnie się marzył zawód lotnika.

    DZ: Czy podejmował pan jakieś kroki, by spełnić to marzenie?

    KK: Nie, nigdy nie uczyniłem w życiu żadnego kroku, żeby je zrealizować.

    DZ: Na scenie zadebiutował pan już w 1979 roku.

    KK: Grałem na akordeonie. To był koniec lat 70. I pierwsze moje wyjście z instrumentem na scenę. Miałem wtedy 12 lat. Szybko skończyłem jednak karierę akordeonisty. Ze szkoły muzycznej wypisałem się już po roku. Szkoła muzyczna, jej struktura, nie do końca mi odpowiadały. A zwłaszcza niektóre przedmioty, które nam narzucano. Na przykład zajęcia z chóru. Nie ukrywam, że nie należały one do moich ulubionych. Wtedy nawet nie wyobrażałem sobie, że mogę w przyszłości śpiewać.

    DZ: W 1990 roku otrzymał pan pracę w Śląskiej Estradzie Wojskowej.

    KK: W tym czasie w Polsce było jeszcze parę zawodowych zespołów estradowych. Działały pod szyldem wojska. Zatrudniały cywilnych artystów. To było dla mnie wyjątkowe doświadczenie. Nawet nie wiem, jak to określić w kilku słowach. To był rodzaj teatru muzycznego na kółkach, bardzo mobilnego. Zjeździliśmy całą Polskę, graliśmy za granicą. Można nas było zobaczyć na scenach teatrów i w salach gimnastycznych oraz w plenerach. To była dosyć długa przygoda, trwała sześć lat. W 1996 roku wszystkie estrady wojskowe rozwiązano. Polska, chcąc wstąpić do NATO, nie mogła utrzymywać takich zespołów.

    DZ: A czy służył pan w wojsku?

    KK: Dostałem propozycję, aby zawodowo związać się z armią. Miałem zostać zawodowym żołnierzem. Ale nie zdecydowałem się. I bardzo cieszę się z tego powodu. Bo mundur jednak nie do końca mi odpowiada.

    DZ: Kiedyś mocno zaangażował się pan w ruch esperanto.

    KK: To był króciutki epizod w moim życiu. Miałem swój autorski repertuar w tym języku. Były to przekłady piosenek, które stworzyłem z koleżanką. Miałem nawet pojechać z tym programem do Szwecji i zaprezentować go na festiwalu esperanto. Ale, niestety, nie dostałem paszportu. Miałem wtedy 19 lat, byłem w wieku przedpoborowym. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych bało się, że już nie wrócę. Dzisiaj możemy się cieszyć wielką swobodą. Mamy otwarte granice, ale kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej.

    DZ: Skąd to zainteresowanie?

    KK: Bardzo podobała mi się idea doktora Zamenhoffa, twórcy esperanta. Założeniem ruchu esperanto było łączenie ludzi na całym świecie. To był sztuczny język stworzony po to, by np. Chińczyk z Portugalczykiem mogli swobodnie konwersować. By bez problemu porozumiewać się bez względu na to, w jakim kraju jesteśmy. W Chinach czy Brazylii do dzisiaj wiele osób posługuje się tym językiem. We mnie ta idea załamała się, gdy zabroniono mi wyjazdu z kraju. To był dla mnie straszny zawód.

    DZ: Udało się panu jednak wyjechać na Tajwan.

    KK: Byłem tzw. "przecinkiem" w programie rewii rozrywkowej. Występowali tam tancerze, iluzjoniści, a ja miałem pełnić rolę oddechu wokalnego. Wychodziłem trzy razy w czasie jednego programu, śpiewałem piosenki Franka Sinatry, Louisa Armstronga, Raya Charlesa. Wykonywałem repertuar, który mi się zawsze podobał. Śpiewałem piosenki artystów, których zawsze bardzo ceniłem. Cieszyłem się, że ten repertuar był tam akceptowany. Mieszkańcy Tajwanu są bardzo zapatrzeni w Stany Zjednoczone. Nawet małe dzieciaki znają Presleya i Sinatrę.

    DZ: Śpiewał pan wiele lat, ale szerszej publiczności nie był pan znany. Przełom nastąpił, kiedy zainteresowała się panem Kayah.

    KK: Rzeczywiście to był moment przełomowy. Jest wielu artystów, którzy działają w drugim obiegu, na drugim planie. Ja przez wiele lat byłem takim artystą i ta sytuacja w ogóle mi nie przeszkadzała. Nie czułem się niedowartościowany z tego powodu. Ale bardzo się cieszę, że zostałem dostrzeżony poprzez płytę "In the room" i współpracę z Kayah. Na pewno jest mi w tej chwili łatwiej realizować pewne projekty, mogę to robić z większą swobodą. Chociaż tak zwana popularność niesie za sobą też ciemną stronę, choćby brak czasu dla siebie. Bywa, że chciałbym powrócić do czasów, kiedy byłem anonimową postacią.

    DZ: Jaką szefową jest Kayah?

    KK: Kayah jest orędowniczką projektu "In the room", opiekunką tej płyty i mnie również jako artysty. To nie jest tak, że jest szefową w zakładzie pracy. Jesteśmy rówieśnikami. Żeby było śmieszniej, urodziliśmy się w tym samym roku, miesiącu i dniu! Różnica wieku wynosi półtorej godziny. Ja jestem młodszy. Sam ten fakt powoduje, że jesteśmy sobie bliscy. Rozumiemy się, jesteśmy skorpionami. Myślę, że takiej szefowej wielu ludzi mogłoby pozazdrościć.

    DZ: Walczył pan o tytuł najpiękniejszego mężczyzny.

    KK: Nie wiem dlaczego. Nigdy o sobie nie myślałem jako o obiekcie męskiej urody. Ocenę mojej osoby pozostawiam płci pięknej.

    DZ: Kiedy ukaże się nowa płyta?

    KK: Bardzo chcę, by wyszła jeszcze w tym roku, może w listopadzie, może w grudniu. Ale jeśli nie będę przekonany, że chcę jej w tym momencie, że chcę wejść do studia, żeby nagrać piosenki, to wstrzymam się o parę miesięcy.

    DZ: Czy już rodzą się nowe utwory?

    KK: Mam bardzo dużo pomysłów, niektóre dopiero czekają na to, by je napisać, naszkicować. Są także pomysły, które nie zostały zrealizowane na płycie "In the room". Te również biorę pod uwagę.

    DZ: Czy płyta będzie utrzymana w podobnym do debiutu klimacie?

    KK: Poważnych zmian nie będzie. Chociaż nowa płyta będzie bardziej dynamiczna. Debiut był raczej balladowy.

    Sonda

    Jak sądzisz, ile powinien zarabiać prezydent miasta?

    • 3- 5 tysięcy złotych (32%)
    • 2- 3 tysięcy złotych (31%)
    • 5- 10 tysięcy złotych (26%)
    • powyżej 10 tysięcy złotych (10%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.