Wybierz region

Wybierz miasto

    Dinozaury z powerem

    Autor: Maciej Kołodziejczyk

    2006-02-23, Aktualizacja: 2006-02-23 13:46 źródło: Dziennik Zachodni

    Deep Purple był skazany na sukces. Tak przynajmniej twierdzili Tony Edwards i Chris Curtis, dwaj faceci działający w angielskim przemyśle rozrywkowym, którzy jesienią 1967 r.

    Deep Purple był skazany na sukces. Tak przynajmniej twierdzili Tony Edwards i Chris Curtis, dwaj faceci działający w angielskim przemyśle rozrywkowym, którzy jesienią 1967 r. postanowili zainwestować pieniądze w „najlepszą kapelę rockową na świecie”. Był tylko jeden problem – nie bardzo wiedzieli, kto miałby w niej grać.

    Roundabout – tak miał się nazywać ten wielki zespół. Jego pierwszym muzykiem został klawiszowiec Jon Lord, znany z zespołu The Artworks. Dołączył do niego gitarzysta basowy Nick Samper i gitarzysta Ritchie Blackmore. Z tym ostatnim był jednak problem, bo trzeba było sprowadzić go z Hamburga, gdzie zarabiał na życie grając w nocnych klubach.

    Pierwszy skład „najlepszej kapeli rockowej świata” zagrał jednak tylko kilka prób. Potem muzycy wrócili do poprzednich zajęć... Zebrali się po raz drugi po kilku miesiącach i zabrali się za szukanie wokalisty i perkusisty. W taki sposób do zespołu dołączył Ian Paice (wcześniej The Maze) i Rod Evans. Co ciekawe, tworzącemu się zespołowi odmówił późniejszy wokalista Deep Purple Ian Gillan, który wtedy zawodowo grywał w Episode Six.


    Oni naprawdę kochają Polskę!

    Po raz pierwszy zespół odwiedził nasz kraj 23 września 1991 r. – w poznańskiej Arenie odbył się wtedy koncert promujący album „Slaves And Masters”. To była jednak tylko namiastka prawdziwego Purple, z Joe Lynn Turnerem w roli wokalisty. Mimo to wszystkie bilety zostały sprzedane. Jeszcze goręcej było 31 października 1993 r. w Zabrzu, gdzie Purple zagrali w najlepszym składzie. Jak się okazało kilka dni później, był to ostatni koncert z Ritchiem Blackmore’em w roli gitarzysty.

    Na Śląsku zespół bywał jeszcze dwukrotnie – w 1998 i 2000 r. Oba koncerty odbyły się w Spodku. Dwa lata temu grupa koncertowała w Szczecinie i Warszawie.
    Dlaczego Purple tak lubią przyjeżdżać do Polski? – Polacy to bardzo żywiołowy naród, świetnie odbierają naszą muzykę. Nawet ci z Chicago, gdzie też ich spotykaliśmy – wyjaśnił dwa lata temu w Warszawie Steve Morse.



    W 1968 r. pojawiła się też nowa nazwa – muzycy zrezygnowali z Roundabout i postawili na Deep Purple. Byli przesądni, uważali, że skoro za pierwszym razem im się nie udało, trzeba zacząć od zera.

    Klapa za Oceanem
    1500 funtów – tyle otrzymali na nagranie debiutanckiego albumu „Shades Of Deep Purple”. W studiu spędzili zaledwie trzy dni. Singel z tej płyty, „Hush”, dotarł w 1968 r. do czwartego miejsca w notowaniach tygodnika Billboard. I to już był sukces, choć angielscy fani wciąż myśleli, że Purple to zespół... amerykański.
    Gorzej było z drugim albumem „The Book Of Taliesyn”, który został nagrany w tym samym roku z myślą o Stanach Zjednoczonych. Zrobił klapę.

    Ówczesna twórczość Purpli była dosyć odległa od wyobrażeń samych muzyków. Niewiele było w niej rockowego ognia, ale i być go nie mogło, bo Rod Evans nie radził sobie w tej stylistyce. Dlatego w 1969 r. wyleciał z zespołu razem z basistą Nickiem Samperem.
    Zastąpili ich Roger Glover i... Ian Gillan. Tak narodził się najznakomitszy skład zespołu, który już dwa lata później rozpędził rockowy świat płytą „In Rock”. – Po nagraniu „In Rock” wiedzieliśmy, że wreszcie wypracowaliśmy własny styl. To było to, czego nam wcześniej brakowało – mówił perkusista Ian Paice.

    Ten album to arcydzieło gatunku – jest tu niesłychanie szybki „Speed King”, dynamiczny i nieco „połamany” „Flight On The Rat”, no i oczywiście legendarny „Child In Time”.
    – Na tej płycie była świeżość i radość grania. Nigdy więcej nie udało nam się już tego osiągnąć w takim stopniu – ocenia Roger Glover.
    Fani doskonale to wyczuli – trasa koncertowa po Anglii i Niemczech została w całości wyprzedana.

    Panowie Gillan, Blackmore, Glover, Lord i Paice osiągnęli sukces. I postanowili się nie przemęczać – płyta „Fireball” z 1971 r. została nagrana minimalnym nakładem sił. – To takie muzyczne nic – stwierdził Blackmore.

    Dla zespołu najważniejsza jednak wtedy była dobra zabawa, taka jak ta w jednym z hoteli Minneapolis. Tam wspólnie z Rodem Stewartem urządzili sobie wojnę na torty, wypuścili na korytarz pijanego w sztok i nagiego Iana Gillana, a na zakończenie zalali hotel wodą ze strażackiego węża. Nie ma jak rock’n’roll...

    Pod koniec 1971 r. zdarzyło się jednak coś, co dało im kopa do pracy. Podczas koncertu Franka Zappy w szwajcarskim Montreux jakiś szaleniec zaczął strzelać z dubeltówki. Panowie z Deep Purple byli na sali i razem z widzami uciekali z płonącego budynku. W ten sposób powstał pomysł na piosenkę „Smoke On The Water”, która opiera się na prostym riffie gitarowym Blackmore’a. Stał się on jednym z najbardziej znanych motywów w historii rocka.

    Płyta „Machine Head”, na której znalazło się „Smoke On The Water”, pozwoliła wrócić im na szczyt rockowej hierarchii. Ale jej sukces był też początkiem końca tego składu.

    Robota jak w fabryce
    Większość 1972 r. muzycy spędzili w trasie koncertowej. – To było jak w fabryce, robota tak ciężka, że nawet nie mieliśmy czasu ze sobą pogadać – wspomina Roger Glover.
    Zaczęły się kłótnie. O wszystko – muzykę, przyszłość zespołu, a nawet o to, że solo gitarowe na koncercie było za długie. Mimo to tylko w pierwszym okresie sprzedaży „Machine Head” kupiło ponad trzy miliony osób!

    Konflikt Blackmore’a z wokalistą był widoczny od dawna. Tak właściwie zespół trwał dla pieniędzy, bo kolejne koncerty przynosiły ogromne zyski. Ale to nie mogło trwać długo – Gillan kupił studio nagraniowe i postanowił odejść z zespołu. A Blackmore postawił warunek – zostanie, jeśli odejdzie Glover. W ten sposób rozpadł się skład, który wywindował Deep Purple na wyżyny...

    Do zespołu dołączyli Glenn Hughes (bas) i David Coverdale (wokal). Zespół w tym składzie nagrał dwie przeciętne płyty. Deep Purple się rozpadał. Kiedy w 1975 r. odszedł Blackmore, muzycy zatrudnili na jego miejsce Tommy’ego Bolina. A on miał jeden cel – chciał być sławny. „Come Taste The Band”, płyta wydana w 1975 r., była już tylko cieniem dawnej klasy zespołu. Nowi przestali liczyć się ze zdaniem założycieli Deep Purple. – Mówiłem, że jesteśmy białym zespołem rockowym, a nie murzyńską kapelą funky. Ale oni mnie nie słuchali – żalił się Ian Paice. Deep Purple zniknął ze sceny na długie osiem lat.

    Wyjątkowe przyjęcie w Polsce
    Rok 1984. Ian Gillan, Ritchie Blackmore, Roger Glover, Ian Paice i Jon Lord spotykają się
    w jednym z nowojorskich hoteli. Przy wódce i dobrym obiedzie zapada decyzja – wracamy. Wszyscy mają za sobą niezbyt udane projekty solowe (nie licząc zespołu Rainbow Blackmore’a), nudę bezczynności i... problemy z alkoholem (Gillan).
    Nagrywają „Perfect Strangers”. W utworze tytułowym Gillan śpiewa: „Czy możesz przypomnieć sobie moje imię? Jestem echem twojej przeszłości”. I to było piękne echo przeszłości – panowie udowodnili, że choć lata mijają, oni wciąż potrafią poruszyć publiczność. Koncertują przy pełnych salach i starają się cieszyć graniem.

    Jednak pomysły na muzykę skończyły im się już trzy lata później. Z zespołu zostaje wyrzucony Gillan, który ponownie zatracił się w rozrywkowym życiu.

    W oryginalnym składzie zebrali się jeszcze raz – w 1993 r. nagrali płytę „The Battle Rages On”. Ale od dawna było wiadomo, że w tym zespole jest zbyt wiele indywidualności – Gillan i Blackmore rozumieją się dobrze, kiedy nie muszą ze sobą pracować.
    Tego pierwszego zastąpił na moment Joe Lynn Turner (1990 r., płyta „Slaves And Masters”). Potem Gillan znów wrócił do zespołu i śpiewa w nim do dziś. Natomiast Blackmore nie ma już zamiaru spoglądać w przeszłość – zaangażował się we własny projekt Blackmore’s Night. Jego miejsce w zespole zajął świetny technicznie Steve Morse.
    Purple wciąż nagrywają dobre płyty i dają świetne koncerty. Często bywają w Polsce, bo w naszym kraju mogą zawsze liczyć na wyjątkowe przyjęcie. Tak będzie pewno i jutro, bo przecież bez względu na poplątaną historię i zdarzające mu się słabsze płyty, to jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka...


    Jutro koncert!
    Katowice, Spodek
    24 lutego (piątek), otwarcie bram o godz. 18.30, początek o godz. 20.00
    Ceny biletów: 110 (sektory boczne), 130 zł (miejsca stojące na płycie). Bilety za 120, 185 i 250 zł zostały wyprzedane. Jako support wystąpi grupa SBB.




    Złote myśli muzyków
    Deep Purple


    „Nie podoba mi się. Mówi się, że młodzi ludzie w ten sposób wyładowują swoją energię. I bardzo dobrze, z tym że przydałaby im się odrobina talentu”.
    Ritchie Blackmore o współczesnej muzyce dla „Guitar” (1996 r.)


    „Zdarzało się, że nie miałem ochoty śpiewać. Nie czułem się odpowiednio, więc mówiłem chłopakom, że nie gramy dziś „Child In Time”. Wychodzimy więc na scenę i w pewnym momencie Ritchie zaczyna grać pierwsze takty tego numeru... Publiczność oczywiście szaleje, więc muszę śpiewać. W ten sposób omal znienawidziłem tą piosenkę”.
    Ian Gillan dla „Record Collectora” (1998 r.)


    „Gillan jest jednym z najokropniejszych facetów, jakich w życiu spotkałem, choć niektórzy to mnie przypisują ciężki charakter. Uważam go za grubiańskiego, żeby nie powiedzieć obrzydliwego faceta, szczególnie gdy jest pijany, co zdarza mu się często”.
    Ritchie Blackmore (1989 r.)


    „Lubię muzykę uprawiać, ale nie lubię słuchać. Wolę stolarkę – sam zrobiłem większość mebli w moim domu”.
    Ian Gillan dla „Kerrang!” (1987 r.)


    „Udało nam się uniknąć życia w stylu hippies. (...) Nie oznacza to, że nie żyliśmy jak rock’n’rollowcy – były panienki, świrowaliśmy na scenie i poza nią, ale wszystko odbywało się u nas bez narkotyków.”.
    Ian Paice (cytat z lat 70.)



    Purpurowi ludzie



    Don Airey – klawiszowiec, 55 lat. Od 2002 r. zastępuje Jona Lorda. Ma za sobą współpracę m.in. z Black Sabbath i Jethro Tull.
    Ritchie Blackmore – gitarzysta, 61 lat. Po odejściu z zespołu w latach 70. stworzył zespół Rainbow, teraz nagrywa płyty solowe.
    Tommy Bolin – gitarzysta. Nagrał z zespołem jeden album – „Come Taste The Band” w 1975 roku. Rok później zmarł z powodu przedawkowania narkotyków.
    David Coverdale – wokalista, 55 lat. Po pierwszym dużym kryzysie w zespole zastąpił Gillana. Ciekawy wokalista, który odnalazł się w stylistyce zespołu. Miał jednak pecha, bo trafił na najsłabszy okres w karierze Purpli.
    Rod Evans – wokalista, 59 lat. Wyleciał z zespołu po tym, jak panowie postanowili grać ostrego rocka. On pasował raczej do lżejszej stylistyki... Kiedy pod koniec lat 70. Purple nie istnieli, powołał do życia swoje własne The New Deep Purple. Zarobił trochę pieniędzy, ale więcej stracił podczas spraw sądowych z byłymi kolegami...
    Ian Gillan – wokalista, 61 lat. Jeden z tych, którzy tworzyli najlepszy skład zespołu, autor tekstów do wielu piosenek. Nagrywał też płyty solowe, dołączył na rok do Black Sabbath zastępując Ronniego Jamesa Dio (płyta „Born Again”).
    Roger Glover – gitarzysta basowy, 61 lat. W latach 70. także wzięty producent (m.in. Nazareth), nagrał też artrockową płytę „Elements”. Przyznaje jednak, że największą przyjemność daje mu gra w Deep Purple.
    Glenn Hughes – gitarzysta basowy, 54 lata. Jego umiłowanie do funky i soulu w połowie lat 70. zapędziło zespół na manowce zapomnienia. Teraz świetnie daje sobie radę jako wokalista.
    Jon Lord – klawiszowiec, 65 lat. Nikt tak jak on nie potrafił wykorzystać możliwości, jakie dawały organy Hammonda. Jego „wyścigi” z gitarą Blackmore’a stały się jedną z najbardziej charakterystycznych cech stylu Deep Purple.
    Joe Lynn Turner – wokalista, 55 lat. Jego krótka przygoda z Deep Purple była kompletnym nieporozumieniem – mydłkowaty wokalista nie przekonał do siebie ani fanów, ani kolegów z zespołu.
    Steve Morse – gitarzysta, 52 lata. Gra w zespole od 1996 r.
    i udało mu się to, co zdaniem wielu było niemożliwością – nikt już nie porównuje go do Blackmore’a.
    Ian Paice – perkusista, 58 lat. Dobry znajomy Davida Coverdale’a, który w czasach zastoju dawał mu zatrudnienie w swoim zespole Whitesnake.
    Nick Simper – gitarzysta basowy, 61 lat. Wyleciał ze składu razem z Evansem, potem nieźle radził sobie w zespole Fandango.

    Sonda

    Jak sądzisz, ile powinien zarabiać prezydent miasta?

    • 3- 5 tysięcy złotych (32%)
    • 2- 3 tysięcy złotych (31%)
    • 5- 10 tysięcy złotych (26%)
    • powyżej 10 tysięcy złotych (10%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.