Wybierz region

Wybierz miasto

    13 marca mija dziesiąta rocznica śmierci Krzysztofa Kieślowskiego

    Autor: Henryka Wach-Malicka

    2006-03-10, Aktualizacja: 2006-03-09 17:08 źródło: Dziennik Zachodni

    Trudno ustalić moment, w którym postać Krzysztofa Kieślowskiego zaczęła się mitologizować. Być może była to nagła śmierć artysty, a być może świadomość, że wielu młodych filmowców - i to na całym świecie - zaczyna go ...

    Trudno ustalić moment, w którym postać Krzysztofa Kieślowskiego zaczęła się mitologizować. Być może była to nagła śmierć artysty, a być może świadomość, że wielu młodych filmowców - i to na całym świecie - zaczyna go naśladować. Formalnie, ale przede wszystkim myślowo. Po dziesięciu latach od śmierci wybitnego reżysera na temat jego twórczości powstało wiele poważnych analiz, niektórych tajemnic nie udało się jednak rozszyfrować. Pogodny, przyjazny dla bliskich znajomych i współpracowników, był Kieślowski w gruncie rzeczy człowiekiem skrytym i skłonnym do autoironii, czego dowód dał w swojej autobiografii. Drobiazgowo dokładny na poziomie faktów i zdystansowany do własnej popularności, z rzadka dopuszczał czytelników tej książki do głębokich rozmyślań nad tajnikami ludzkiej egzystencji, choć większość jego filmów dotykała granicy między życiem a śmiercią.

    Prawie strażak i garderobiany Łomnickiego

    Tematy pierwszych filmów dokumentalnych brał Kieślowski z życia; także swego. Słynny "Personel" to odprysk obserwacji, jakie poczynił pracując w charakterze garderobianego w warszawskim Teatrze Współczesnym.

    Krzysztof Kieślowski - syn urzędniczki i inżyniera budowlanego - dostał się do łódzkiej Filmówki dopiero za trzecim podejściem, czas "między" wypełniając dorywczymi zajęciami. W teatrze ubierał tuzy polskiego aktorstwa - Tadeusza Łomnickiego, Aleksandra Bardiniego, Zbigniewa Zapasiewicza i Edwarda Dziewońskiego. Już wtedy miał za sobą przymiarki do różnych profesji, uczył się między innymi we wrocławskiej szkole pożarniczej, a potem w słynnym Liceum Technik Teatralnych. Jego dzieciństwo było niespokojnie ruchliwe, wypełnione przeprowadzkami i zmianami szkół, rodzina przenosiła się bowiem z miejsca na miejsce z powodu choroby ojca. Roman Kieślowski leczył gruźlicę w najróżniejszych polskich sanatoriach. Jego syn uczył się więc życia szybko i szybko zaczął sobie zapewne zadawać pytania o sens cierpienia i prawdziwą tajemnicę życia.

    Nim przyjęto go do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej, pracował także jako referent kulturalny i nauczyciel rysunku. A w ogóle to chciał być reżyserem teatralnym, ale dostał się na specjalizację filmową, która przyniosła mu po latach światową sławę. Aż dziw, że nie wykorzystał tego motywu w którymś ze swoich obrazów, dotyczących roli przypadku w ludzkim życiu.

    Spod ręki Karabasza

    Twórczość Krzysztofa Kieślowskiego jest w polskiej kinematografii zjawiskiem całkowicie osobnym, choć krytycy próbują wiązać jego filmy z różnymi nurtami czy szkołami. Wyjątkowość autora "Dekalogu" polega jednak na umiejętności łączenia precyzyjnego, wręcz fotograficznego obrazu świata, z metafizyką wkraczającą w życie bohaterów nagle i niespodziewanie, zawsze niosącą jednak brzemienne skutki dla ich losu. Refleksja filozoficzna była wynikiem wieloletnich rozważań osobistych artysty. Zamiłowanie do szczegółu, jak sam mówił, wyniósł ze szkoły filmowej. Rzetelnego i odkrywczego jednocześnie opowiadania o rzeczywistości uczył się od mistrzów tej klasy, co Kazimierz Karabasz i Jerzy Bossak. Przez wiele lat Kieślowski pozostawał wierny filmowi dokumentalnemu, jakby bardziej ufając prawdzie obiektywnej (?) niż własnej wyobraźni. W pierwszej połowie jego biografii twórczej powstały m.in.: "Z miasta Łodzi", "Życiorys", "Siedem kobiet w różnym wieku" i "Z punktu widzenia nocnego portiera"

    "Przejście podziemne" w fabułę

    Do pełnej fabuły prowadziła twórcę "Amatora" długa, ale konsekwentna droga. Z biegiem czasu zaczął Kieślowski kręcić obrazy "na pograniczu"; jeszcze dokumentalne, ale już opatrzone wyraźnym albo ukrytym komentarzem odautorskim. Ten okres zaczął się od zrealizowanego dla telewizji "Przejścia podziemnego". Potem powstał "Amator" (w którym Zanussi gra na przykład samego siebie, ale film ma oryginalny scenariusz), "Przypadek" oraz "Bez końca". Tego ostatniego filmu Kieślowski nie lubił, ale przyznawał, że to po jego nakręceniu zaczął zdawać sobie sprawę z faktu, iż połączenie paradokumentu i fabuły może go zwyczajnie ograniczać.

    W stronę metafizyki

    Przełomów w życiu Krzysztofa Kieślowskiego było wiele i na ogół stali za nimi konkretni ludzie. Artysta chętnie otwierał się na innych i jeśli tylko odkrywał w nich bratnią duszę, zapraszał do współpracy. Jedną z osób, które odegrały w życiu i twórczości Kieślowskiego największą rolę, był Krzysztof Piesiewicz - adwokat, współtwórca scenariuszy ostatnich filmów Kieślowskiego. Cykle "Dekalog" i "Trzy kolory" wyniosły obydwu twórców na wyżyny światowej sławy, ale przede wszystkim najgłębiej ze wszystkich dotykały tajemnicy ludzkiej egzystencji. To zaproszenie do rozmowy o rzeczach ostatecznych przyjęli z równym entuzjazmem zarówno krytycy, jak widzowie, choć nie zawsze były to filmy łatwe w odbiorze. Jeśli mówimy więc dziś o tym, że Kieślowskiego naśladuje kolejne już pokolenie młodych reżyserów filmowych (a był wykładowcą w różnych krajach Europy), to mamy na myśli próbę równania do tej właśnie mądrości i delikatności, z jaką Kieślowski opowiadał choćby o podwójnym życiu Weroniki.

    Nie przypadkiem Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, na którym w swoim czasie reżyser Krzysztof Kieślowski uczył przyszłych reżyserów tajników rzemiosła, nosi dziś jego imię.

    Celuloid, człowiek, cyfra

    Pamięci wybitnego reżysera poświęcony będzie odbywający się w Katowicach – od 10 do 14 marca – kongres filmowy, zatytułowany „Celuloid, człowiek, cyfra”. Obejmuje on przegląd filmów Krzysztofa Kieślowskiego (10 obrazów pełnometrażowych oraz etiudy szkolne), prezentowanych w kinach i miejskich domach kultury oraz liczne imprezy towarzyszące.
    Widzom, zainteresowanych naukową refleksją nad twórczością reżysera „Dekalogu”, szczególnie polecamy cykl spotkań w katowickim kinie Rialto, w niedzielę (12.03). O godz. 11.00 odbędzie się tam spotkanie ze współpracownikami Krzysztofa Kieślowskiego i autorami filmów dokumentalnych o jego życiu i twórczości, a o godz. 16.00 – sympozjum na temat oddziaływania kina Kieślowskiego na Europę i świat.






    Henryk Baranowski - odtwórca postaci Ojca w "Dekalogu 1", dyrektor artystyczny Teatru Śląskiego w Katowicach:





    - Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie tylko znałem Krzysztofa Kieślowskiego, ale że się z nim przyjaźniłem. Prawie przez dziesięć lat Krzysztof pomieszkiwał w moim berlińskim domu, gdzie całymi godzinami, także w sytuacjach zupełnie nieoficjalnych - przy kolacji na przykład - naprawialiśmy świat i uzdrawiali sztukę (śmiech).

    W 1983 roku zaprosiłem Krzysztofa Kieślowskiego, nie bez pośrednictwa Agnieszki Holland, do Berlina na cykl wykładów. To było seminarium dla reżyserów, na którym jego zajęcia miały wielkie wzięcie. Krzysztof lubił te zajęcia, a poza tym cieszył się, że może na chwilę (ale tylko na chwilę) wyjechać z szarej, umęczonej stanem wojennym Polski. Ja byłem już na emigracji od jakiegoś czasu i odwrotnie - strasznie za krajem tęskniłem. Czułem się też cholernie samotny, choć Berlin w tamtym czasie to było miasto-cud, pełne artystów z całego świata, nadających mu niepowtarzalny klimat. Nasze sprzeczne oczekiwania wobec życia uzupełniały się zatem.

    Zapamiętałem Krzysztofa Kieślowskiego jako człowieka spontanicznego, otwartego, rozmownego, piekielnie dowcipnego - rewelacyjnie na przykład umiał... parodiować znane osoby. I kompletnie pozbawionego uczucia zawiści, a nawet zdrowej zazdrości. Jak już zdobył w Niemczech, a potem w innych krajach, powodzenie i pozycję, to ściągał zewsząd swoich współpracowników - operatorów, aktorów, przyjaciół, żeby też sobie mogli zarobić albo chociaż się dokształcić.

    Obserwowałem, jak coraz ciężej znosi sławę, jak kurczy mu się czas prywatny. Krzysztof był człowiekiem odpowiedzialnym i dotrzymującym słowa, próbował więc sprostać wszystkim zobowiązaniom, jakie dawał; na przykład producentom czy dziennikarzom. Pod koniec życia popularność chyba mu wręcz przeszkadzała, marzył o spokoju, czuł, że wyczerpują mu się energetyczne akumulatory.

    W pracy Kieślowski był trochę inny niż w życiu towarzyskim. Konkretny i analizujący, domagał się od aktora współpracy. Ja dostałem rolę w "Dekalogu" właściwie przypadkiem. Po prostu inny aktor odmówił Krzysztofowi, więc on zapytał, czybym się nie podjął.

    - Nie jestem aktorem kreacyjnym, nie wymyślę ci tego bohatera, chociaż scenariusz mnie interesuje - powiedziałem.

    - I o to chodzi - ucieszył się. - Ty masz pokazać, co czułbyś w takiej sytuacji, a nie co czułby jakiś nieznany ci obcy mężczyzna. Graj uczucia, pokazuj siebie, reszta należy do mnie.

    To była jedna z metod pracy Krzysztofa: obsadzał aktorów według ekspresji i emocji, jakich się po nich spodziewał. Uwielbiał tzw. "naturszczyków", o których wiedział, że na planie nie wyprą się swoich prawdziwych emocji (choćby chcieli), bo nie umieją. To było przyzwyczajenie, wyniesione przez Kieślowskiego z dokumentu, którym nie tylko debiutował, ale który uprawiał przez wiele lat. Zdecydowanie nie lubił głupawego "udawania"; ani u siebie, ani u innych.

    Gdy zapytała pani o pierwsze skojarzenie z Kieślowskim, pomyślałem: Krzysiek nigdy nie był karierowiczem. Był na to za uczciwy.

    Sonda

    Jak sądzisz, ile powinien zarabiać prezydent miasta?

    • 3- 5 tysięcy złotych (32%)
    • 2- 3 tysięcy złotych (31%)
    • 5- 10 tysięcy złotych (26%)
    • powyżej 10 tysięcy złotych (10%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.